Piotr jednak coś zamarudził i oznajmił, że wg strategi "drugiego strzału" wybierze się jeszcze poszukać lepszego miejsca.
Przemieszczamy się nieco dalej w miejsce z lepszym dostępem do wody i czekamy na Skrzydlatego.
Przyjechał po chwili nieobecności z nieciekawą miną.
Przy nawracaniu położył motocykl na lewą stronę i poszła obejma ręcznej dźwigni sprzęgła...
Tak, to była dosyć ciekawa sytuacja.
Późno, zmierzcha, jest raczej chłodno i zanosi się na opad atmosferyczny.
Jakoś mi nie przypasowało miejsce znalezione przez Luksa, gdyż było na czyimś niedawno skoszonym polu, więc jadę sprawdzić inne ścieżki do jeziora.
Okazało się, że inne ścieżki też są obstawione przez lokalnych łowców ryb.
Jedna wąska, zarośnięta droga okazała się zastawiona busem.
Muszę zawrórcić na kilka razy na wąskiej, zarośniętej drodze, motocyklem, który lekki nie jest sam w sobie,
a dodatkowo objuczony mandżurem - lekki nie jest podwójnie.
Manewrując przód /tył w pewnym momencie moto mnie przeważa i zaczyna kłaść się na lewą stronę.
Zgubiła mnie pewność siebie, że mam porządne wywrotnice i spoko niech się kładzie.
Wszystko dobrze, tylko nie wziąłem poprawki na bagaż, mocno podnoszący środek ciężkości
Ten bagaż oraz ukształtowanie polnej drogi, spowodowały, że motocykl został mocniej dognieciony do ziemi opierając się na klamce sprzęgłą.
Podnosze zgaszony motocykl i z przerażeniem orientuję się, że klamka wisi na lince oderawana od z mocowaniem od obejmy.
Jestem w krzakach i w czarnej 'd...pie'.
Co robić?... Krótka, konsternacja... Jak uruchomić potwora i na nim wrócić do ekipy?
Zapalić na pych, tak dopakowany motocykl w dodatku na trawiastej drodze - z góry jest nie wykonalne.
Owszem jest z lekkiej górki ale do jeziora. Na trawie i błocie, wrózy kłopoty...
Najpierw ustawiam motocykl w kierunku wyjazdu.
Potem siadam na niego i co będzie:
włączam zapłon, włączam bieg i ...
ruszam na rozruszniku...
motocykl szarpie do przodu i zapala ciągnąc w trawę,
kontruję i po chwili uzyskuję prędkość pozwalającą jechać.
wyprowadzam i wracam drogą na jedynce.
wbijam bez sprzęgła dwójkę i jadę...
chwila ryzyka, przed dojechaniem do głównej szutrówki - ale nikt nie jedzie, więc z marszu wjeżdżam na drogę...
Po chwili dojeżdżam do drogi w kierunku, gdzie czeka ekipa.
Balansując po wertepach, żeby wyrobić motocyklem bez sprzęgła.
Minę mam nie tęgą, bo zdaję sobie sprawę z powagi 'kontuzji' motocykla.
Jazda bez sprzęgła w dalszej drodze nie wchodzi w grę - trzeba coś wymyśleć.
Krótka burza mózgów, różnych propozycji, łącznie z wymianą, klamki na zapasową od awo,
Jednak te rozwiązania, mnie nie przekonują.
Ale najpierw rozbijamy namioty.
Oglądam straty, rozważam możliwości.
Biorę garść trytek, swoich i od kolegów i zaczynam 'szyć'
Postanowiłem przyfastrygować, mocowanie klamki do kierownicy,
wykorzystujac elementy na kierownicy i potężny pancerz linki.
Po niespełna 15 minutach zaplatania kolejnych trytek,
uzyskałem coś, co umożliwiało działanie sprzęgła i rokowało w dalszej jeździe.
A wyglądało to tak, jak na zdjęciu.
Użytkowałem to rozwiązanie jeszcze ze 3 tygodnie, bo nie było łatwo kupić właściwe mocowanie klamki.
Błogosławieni wynalazcy trytki niech będą na wieki
